Deportivo Alavés Athletic Bilbao Atlético Madryt FC Barcelona Celta Vigo Deportivo La Coruña Eibar Espanyol Getafe Girona Las Palmas Leganés Levante Málaga Real Betis Real Madryt Real Sociedad Sevilla Valencia Villarreal

Teneryfa - przeklęta wyspa Realu Madryt

Publicystyka Brodson @29.12.2017 | Przeczytano 578 razy

Teneryfa - przeklęta wyspa Realu Madryt

Teneryfa to największa wyspa spośród wysp Kanaryjskich. Miejsce wręcz idealne – wiecznie ciepło, ocean, izolacja od kontynentalnego zgiełku, jednym słowem: bajka. Ten malowniczy rejon wszyscy wspominają doskonale, za wyjątkiem... Realu Madryt. 

Teneryfa to największa wyspa spośród wysp Kanaryjskich. Miejsce wręcz idealne – wiecznie ciepło, ocean, izolacja od kontynentalnego zgiełku, jednym słowem: bajka. Ten malowniczy rejon wszyscy wspominają doskonale, za wyjątkiem... Realu Madryt. Królewscy przegrali tam dwa mistrzostwa z rzędu!

Sezon 1990/1991 był dla Realu szczególnie kręty i zawiły. Drużynę prowadziło aż czterech szkoleniowców – John Toshack, duet Alfredo Di Stefano-Jose Antonio Camacho i wreszcie Radomir Antić. To właśnie ten ostatni wyciągnął madrytczyków z kryzysu. Królewscy zaliczyli piorunującą rundę wiosenną, dzięki czemu ostatecznie zajęli trzecie miejsce w stawce.

Wydawać by się mogło, że przedłużenie umowy z Anticiem to naturalna kolej rzeczy. Ówczesny prezydent Realu pan Ramon Mendoza miał jednak inne plany. Był już bowiem po słowie z późniejszym selekcjonerem reprezentacji Polski Leo Beenhakkerem. Serbski trener prowadził Los Blancos jeszcze w pierwszej rundzie kolejnego sezonu, ale ostatecznie stracił stanowisko na rzecz wspomnianego Beenhakkera. Holender co prawda radził sobie gorzej niż jego poprzednik – drużyna pod jego wodzą zdobyła o osiem punktów mniej w porównaniu z pierwszą rudną, ale mimo to Real wciąż pozostawał liderem.

O tym, kto zdobędzie tytuł mistrzowski miała zadecydować ostatnia kolejka. Los Blancos podejmowali na wyjeździe CD Tenerife, z kolei Barcelona grała z Athletic Bilbao. Dwaj pretendenci do zdobycia trofeum zremisowali po 1:1 w obu bezpośrednich spotkaniach. Real miał przewagę pod względem różnicy goli, w związku z czym do zdobycia mistrzostwa wystarczyłby mu tylko remis.

W ówczesnej kampanii zespół Teneryfy był wyjątkowo „madrycki”. Drużyną dowodził Jorge Valdano, były piłkarz Realu. Bramki strzegł Augustin, kolejny ex-zawodnik Królewskich. W kadrze znajdowali się również Francis – bliski kolega Emilio Butragueno, Julio Lllorente – kolejny ex ekipy z Madrytu, a zarazem brat Paco, który nadal występował w białej koszulce i na dodatek Manolo Hierro – brat Fernando, legendy Los Blancos. Nagromadzenie tylu osobowości pośrednio lub bezpośrednio związanych z klubem z Madrytu, wzbudzało powszechną nieufność w Katalonii.

Wszystko zweryfikowało boisko. Real dobrze wszedł w mecz, by nie powiedzieć - świetnie. Po niespełna pół godziny gry zespół dowodzony przez Benhakkera prowadził dwiema bramkami autorstwa Hierro i Hagiego. Na dodatek skarżący się na ból barku Augustin musiał opuścić murawę. Królewscy już czuli się mistrzami i prawdopodobnie ta pewność była ich zgubą. Gola kontaktowego dla Teneryfy strzelił Estebaranz. 2:1 do przerwy wyglądało wciąż bardzo dobrze.

Real chciał przypieczętować triumf w lidze kolejnymi bramkami, lecz wtedy do gry wszedł arbiter Gracia de Loza. Najpierw nie uznał prawidłowo zdobytego trafienia Milli, następnie nie odgwizdał ewidentnego rzutu karnego po faulu na Butragueno, by wreszcie wyrzucić z boiska Vilarroyę po dwóch wątpliwych żółtych kartkach. Podopieczni Leo Beenhakkera zaczynali co raz bardziej gubić się w swoich poczynaniach.

Zawodnicy z Wysp Kanaryjskich nie składali broni i z animuszem atakowali bramkę Los Blancos. Po składnej akcji gospodarzy piłkę do własnej siatki wbił Brazylijczyk Rocha, 2:2. Po dwóch minutach padła trzecia bramka dla Teneryfy, po tym jak bramkarz Królewskich – Buyo, w niewytłumaczalny i niewybaczalny sposób pomylił się, dzięki czemu Pier bez większych problemów umieścił piłkę w siatce. Zawodnicy Valdano sensacyjnie utrzymali ten wynik do końcowego gwizdka sędziego. W tym samym czasie Barcelona pewnie pokonała 2:0 Athletic i rzutem na taśmę drugi raz z rzędu zajęła pierwsze miejsce w lidze.

 

Historia lubi się powtarzać. Rok po tych wydarzeniach okoliczności w jakich miał zostać rozstrzygnięty nowy mistrz Hiszpanii powtórzyły się niemal co do joty. Real ma oczko przewagi nad Duma Katalonii, w bezpośrednich starciach pod względem bramek jest remis, lecz ogólny bilans wypada na korzyść Barcelony. Real, za którego sterami stoi Benito Floro, ponownie kończy sezon na przeklętej Teneryfie, gdzie szkoleniowcem wciąż jest Jorge Valdano. Barca podejmuje u siebie tym razem nie Athletic, ale innym zespół z Kraju Basków – Real Sociedad.

Drużyna Valdano w trakcie roku przeszła spore przeobrażenie. Z przeciętniaka walczącego o byt w najwyższej klasie rozgrywkowej, do ekipy aspirującej do gry w Pucharze UEFA. Koniec końców Teneryfa w europejskich pucharach zagrała dzięki zwycięstwu nad Realem.

Wszystko układało się po myśli gospodarzy. W 11. minucie objęli prowadzenie za sprawą bramki autorstwa Dertycii. Pod koniec pierwszej połowy futbolówka ponownie zagościła w siatce madrytczyków, tym razem egzekutorem okazał się Chano. Nie obyło się bez kontrowersji. Sędziujący tamtego popołudnia Gracia Redondo był wyjątkowo nieprzychylny dla podopiecznych Floro – dwukrotnie nie podyktował jedenastki oraz nie dopatrzył się ewidentnego zatrzymania piłki ręką Toniego po strzale głową Hierro.

Real ogarniała narastająca rozpacz i bezsilność. W wyniku co raz większej frustracji z boiska wylecieli Zamorano i Gomez. Tymczasem Barcelona zgodnie z przewidywaniami skromnie pokonała Real Sociedad 1:0 i tym samym obroniła tytuł mistrzowski.

 

W Katalonii nie zapomniano o Tenerife. W geście wdzięczności prezydent Blaugrany, Josep Lluis Nunez zaprosił drużynę Valdano do udziału w Pucharze Gampera (przedsezonowy turniej odbywający się na Camp Nou w celu uczczenia postaci Joana Gampera – założyciela FC Barcelona). Co więcej, prezes klubu z odległych Kanarów otrzymał medal ze złota i brylantów.

Jaki płynie z tego morał? Absolutnie żaden. Ta historia jak wiele innych pokazuje piękno futbolu - jego nieobliczalność, a przecież za to kochają go miliony osób na całym świecie.


Źródło: Własne

Tagi: La Liga, Real Madryt, Tenerife

Komentarze (1 opinia) Obserwuj Dodaj opinię

dodano: 31.12.2017, 09:40, #1 Arturro [188.146.226.***]
Niech jadą na Teneryfe, wejdą na Teide i niech tam zostaną. Świat piłkarski jest od nich lepszy.
Powiązane artykuły
Zobacz także
R E K L A M A
[x]Informujemy, że ta strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. W każdym czasie możesz określić w swojej przeglądarce warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies.