Deportivo Alavés Athletic Bilbao Atlético Madryt FC Barcelona Celta Vigo Deportivo La Coruña Eibar Espanyol Getafe Girona Las Palmas Leganés Levante Málaga Real Betis Real Madryt Real Sociedad Sevilla Valencia Villarreal

+ 0 - Deportivo La Coruña – sen nie trwa wiecznie

Publicystyka M.Kostarski @13.03.2017 | Przeczytano 1753 razy

Deportivo La Coruña – sen nie trwa wiecznie
Źródło: juegalaroja.com

La Liga to nie tylko Real czy Barcelona. W najwyższej klasie rozgrywkowej Hiszpanii występują kluby zapomniane, o których historii warto mówić. Jednym z nich jest Deportivo La Coruña​.

Wiele klubów na Starym Kontynencie może poszczycić się gablotami pełnymi pucharów. Niektóre drużyny posmakowały jedynie krajowego sukcesu, a europejska przygoda zazwyczaj kończyła się szybciej niż zaczynała. Dla większości z nich, dni glorii i chwały to dawne dzieje, a zdobyte trofea zaczęły tracić swój pierwotny blask. Za każdym klubem kryje się historia, która ukształtowała jego charakter. Często jednak znajdują się w niej rozdziały, o których kibice tych drużyn chcieliby zapomnieć. Degradacje do niższych lig, afery korupcyjne, problemy finansowe czy też regresja pod względem sportowym i spadek z pozycji ligowego dominatora do średniaka, z którym wygrać może każdy. Fani zespołów, które doświadczyły przynajmniej jednego z powyższych przykładów z całą pewnością się ze mną zgodzą, iż piękne sny nie trwają wiecznie, a najgorsze jest zderzenie się z brutalną rzeczywistością.

Początki bywają trudne

Całego okresu od powstania klubu do początku lat 90 nie nazwaliby pięknym snem fani hiszpańskiej drużyny Deportivo La Coruña. Poza jednym wyjątkiem w sezonie 49/50, w którym zawodnicy z malowniczego miasta w regionie Galicji, zajęli w lidze 2 miejsce tracąc do zdobywcy trofeum - Atletico Madryt - jeden punkt, ich kibice nie mieli wielu powodów do radości. Pierwszy spadek z Primera Division nastąpił w sezonie 56/57 po 18 porażkach w 30 spotkaniach, Blanquiazules (niebiesko-biali) okazali się być lepsi jedynie od CD Concal (po fuzji ze szkółką Barcelony 13 lat później klub przestał istnieć). Powodem słabszej formy sportowej, a w konsekwencji spadku, były kłopoty finansowe, które nie pozwoliły utrzymać w zespole najlepszych wychowanków tj. Luisa Suareza, Amancio, Reiji czy też Veloso. Byli oni odpowiedzialni za solidne wyniki drużyny w pierwszej połowie lat 50.

W drugiej lidze klub spędził 5 sezonów, po których zapoczątkował w swoich dziejach niechlubną ‘erę yo-yo’. W przeciągu 10 lat klub grający na Estadio de Riazor został relegowany do Segunda Division aż pięciokrotnie, kolejno w latach 1963, 1965, 1967, 1970 oraz 1973, przez co została do nich przypięta etykieta ‘elevator team’, zespołu, który jest za słaby na grę w pierwszej lidze, natomiast zbyt mocny w drugiej. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. W maju 1973 Deportivo kończyło na miejscu spadkowym w Primera Division, tymczasem już 8 września 1974 zaczynało zmagania w Tercera Division (trzeci poziom rozgrywek piłkarskich w Hiszpanii). Już pierwszy sezon gry w trzeciej lidze był dla klubu katastrofą. Ani kibice, ani piłkarze nie spodziewali się grać spotkań na tak niskim szczeblu rozgrywek, ponadto debet w budżecie Deportivo wciąż rósł.

Powrót do Primera Division, uwzględniając sytuacje finansową klubu oraz poziom piłkarzy, wydawał się odległym marzeniem. Patrząc bardziej realistycznie, kibice w znacznym stopniu obawiali się ponownej relegacji do trzeciej ligi. Ich koszmar ziścił się w 1980 roku, kiedy to klub, ponownie tylko na jeden sezon, spadł do nowo utworzonej Segundy Division B wraz z odwiecznym rywalem – Celtą Vigo. Kluby z Galicji zdominowały trzeci poziom rozgrywek w Hiszpanii zajmując dwie pierwsze pozycje (dodam, że na 3 miejscu rywalizacje w tym sezonie skończył Athletic Bilbao B), lecz to piłkarze z Vigo rok po wywalczeniu awansu do drugiej ligi, cieszyli się z powrotu do Primera Division. Na swoją szansę musieli cierpliwie czekać zawodnicy z La Coruñi.


Drużyna Deportivo z 1970 roku.

Drużyna Deportivo z 1970 roku - fot. as.com
 

Punkt zwrotny

Sezon 87/88 mógł dla Los Turcos (notabene przydomek ten został nadany przez fanów Celty, by obrazić sympatyków ‘mniej galisyjskiego’ według nich Deportivo, jednakże ci drudzy na przekór przyjęli ksywkę i do dziś na Riazor pojawiają się tureckie flagi) skończyć się tragicznie. Dług klubu opiewał na co najmniej 4 miliony euro, a na sekundy przed ostatnim gwizdkiem zamykającego rozgrywki meczu z Racingiem Santander, na tablicy wyników widniał wynik 0:0, który oznaczał, że następny rok niebiesko-biali spędzą znów w trzeciej lidze. Gdyby nie bramka Vicente Celeiro strzelona w doliczonym czasie gry, zapewniająca Dépor utrzymanie w Segunda Division, nie wiadomo czy zespół przetrwałby kolejny spadek. Ten moment oraz wybór Augusto César Lendoiro w tym samym roku na prezydenta klubu, który za priorytet wyznaczył sobie stabilizację finansową niebiesko-białych przy jednoczesnym braku spadku poziomu sportowego, jest przez wielu uznawany za koniec „czarnych czasów” i początek budowy „SuperDépor”.

Gwarantem powrotu do pierwszej ligi miał być Arsenio Iglesias. Szkoleniowiec, który już w 1971 wywalczył awans z klubem z La Coruñi, w 1973 został zwolniony po tym jak zespół ponownie czekała relegacja do drugiej ligi. Mimo braku upragnionego sukcesu, już w pierwszym sezonie pracy, Deportivo, grając tym samym składem cudem unikającym wówczas spadku, dotarło do półfinału Copa Del Rey ulegając po dogrywce Realowi Valladolid. Kibice uznali to za dobry prognostyk i ponownie zaczęli wierzyć w upragniony powrót do elity. Już rok później marzenie mogło stać się rzeczywistością dzięki playoffom, jednak w nich lepszy okazał się zespół CD Tenerife, który pokonał Los Turcos na Riazor 1:0. Po rozczarowującym finale naprawdę dobrych rozgrywek w wykonaniu Blanquiazules, dokonano znacznych wzmocnień składu, które miały pomóc w osiągnięciu celu. Jednym ze sprowadzonych graczy był Miroslav Đukić, który stał się trzonem i gwiazdą zespołu z Galicji.

Prawdziwe jest jednak powiedzenie „co się odwlecze, to nie uciecze” gdyż w następnym sezonie, dzięki heroicznej i zwycięskiej batalii w ostatnim meczu sezonu przeciwko Realowi Murcia (Los Pimentoneros przez porażkę spadli na trzecią pozycję tuż za Dépor), gracze Deportivo cieszyli się z awansu do Primera Division, na który wszyscy kibice w La Coruñi czekali 18 lat.


Augusto César Lendoiro - prezydent Deportivo w latach 1988-2014 - fot. abc.es
 

„Madrycie, Barcelono – nadchodzimy!”

Powroty nie należą do najłatwiejszych, o czym w latach 60 i 70 przekonali się piłkarze z La Coruñi. Pierwszy sezon w elicie po 18 latach, Deportivo zaczęło pod wodzą nowego trenera - Marco Antonio Boronaty. Miał on zapewnić spokojne utrzymanie w pierwszej lidze, jednak stało się zupełnie inaczej. Klub z Galicji prezentował się na boisku fatalnie, cały sezon spędził w dole tabeli i realna była groźba relegacji już po pierwszym roku spędzonym w elicie. Kibicom niebiesko-białych nasuwały się czarne myśli o powrocie ‘ery yo-yo’. Aby uchronić Deportivo od spadku, zwolniono Boronata a na jego miejsce zatrudniono… Arsenio Iglesiasa, który zrezygnował przed sezonem z prowadzenia graczy Dépor. Do dyspozycji miał mieszankę doświadczonych piłkarzy jak np. Claudio Barragan, Paco Liaño lub Donato z młodymi i dobrze prosperującymi Bebeto, Mauro Silvą oraz Franem, zaczynającymi dopiero swoją wielką karierę w tym klubie.

Iglesiasowi udało się uniknąć relegacji wygrywając dwumecz w playoffie z Betisem i w spokoju mógł przygotowywać się do przełomowej kampanii 92/93, która zapoczątkowała aspiracje Deportivo do bycia jednym z najlepszych klubów w Hiszpanii. Już na samej prezentacji piłkarzy przyszło aż 30 tysięcy ludzi wierzących, iż klub w najbliższej przyszłości wiele namiesza w hiszpańskim futbolu. Wykrzykiwali ambitne „Madrycie, Barcelono – nadchodzimy!” – słowa wypowiedziane przez prezydenta Lendoiro w 1991 po awansie do Primera Division. Los Turcos rozpoczęli sezon najlepiej jak tylko mogli, wygrywając pierwsze 5 spotkań. Jedno z nich przeszło do historii. Przegrywając 0:2, zdołali odrobić straty i pokonać 3:2 wielki Real Madryt. Ten mecz rozpoczął również niechlubną serię Królewskich - 18 sezonów bez zwycięstwa na Estadio de Riazor. Reszta kampanii była solidna i na 30 kolejek, aż przez 13 znajdowali się na czele tabeli. Ostatecznie tytuł powędrował do Barcelony, a Deportivo zajęło wyśmienite 3 miejsce ze stratą 4 punktów do ostatecznych zwycięzców. Tak wysoka pozycja oznaczała, iż piłkarze z Galicji zakwalifikowali się po raz pierwszy w historii do europejskich pucharów.

Ponadto Trofeo Pichichi z 29 bramkami na koncie zdobył Bebeto, a Trofeo Zamory trafiło do Francisco Liano, który popisał się niesamowitą średnią straconych goli, bo tylko 0,47 na mecz! Jego osiągnięcie wyrównał w sezonie 2015/16 Jan Oblak i do tej pory jest to najniższa średnia w historii najwyższej klasy rozgrywkowej w Hiszpanii. Większość ekspertów była zgodna z tym, że postawa Dépor to nie przypadek i w kampanii 93/94 będą ponownie liczyć się w walce o tytuł.


Król strzelców ligi hiszpańskiej w sezonie 92/93 - Bebeto - fot. swanseacity.net
 

Z nieba do piekła

Jak się okazało – nie mylili się ani trochę. W debiucie w europejskich pucharach SuperDépor pokonało w dwumeczu duńskie Aalborg BK a następnie słynny, angielski klub – Aston Villę (zdobywca Football League Cup z sezonu 93/94 i 95/96). Pierwszą przygodę w Pucharze UEFA, Deportivo zakończyło na 1/8 finału ulegając Eintrachtowi Frankfurt. Blanquiazules mimo przeciętnego początku sezonu spowodowanego grą na dwóch frontach, nie wypadli ani razu z pierwszej dziesiątki Primera Division. Od 14 kolejki prowadzili w tabeli i wszystko na to wskazywało, że rok 1994 będzie należał do nich.

Dramaturgia i walka w ostatnich spotkaniach sezonu stały się domeną galisyjskiego klubu. Nie inaczej było w sezonie 93/94. W ostatniej kolejce Dépor mierzyło się z Valencią natomiast Barcelona podejmowała Sevillę. Zwycięstwo w potyczce przeciwko „Nietoperzom” oznaczało, iż bez względu na wynik meczu Dumy Katalonii, to Galijsyjczycy zostawali mistrzami. Do przerwy na Riazor utrzymywał się wynik 0:0, natomiast na Camp Nou niespodziewanie Sevilla prowadziła 2:1. Barcelona po przerwie szybko zaczęła odrabiać straty i spotkanie ostatecznie wygrała aż 5:2. W La Coruñi do 90 minuty wciąż utrzymywał się bezbramkowy remis, gdy w doliczonym czasie gry za faul na Naldo podyktowany został rzut karny dla gospodarzy. Zastanawiano się kogo obarczyć niesamowitą presją. Regularny wykonawca karnych Bebeto pudłował swoje ostatnie podejścia, natomiast Donato dawno już zszedł z boiska. Postawiono, na Miroslava Đukića, który jak przyznał po spotkaniu nie chciał podjąć się tak odpowiedzialnego zadania. Jugosławianin nie poradził sobie ze stresem i jego jedenastkę obronił bramkarz Valencii – Gonzalez. Mistrzem Hiszpanii została Barcelona, która wyprzedziła klub z Galicji dzięki lepszemu bilansowi bramek.

Nigdy wcześniej Deportivo nie było aż tak blisko zdobycia tytułu stąd po końcowym gwizdku przez piłkarzy i kibiców przemawiała frustracja, sportowa złość i żal wypuszczonego w ostatniej minucie z rąk trofeum. Gdy emocje opadły, w klubie przyszedł czas na analizę. Mimo porażki w wyścigu o mistrzowską koronę, uznano ten sezon za bardzo udany. Pojawiały się głosy, iż był on najlepszy w historii. Ponadto zespół całkiem udanie debiutował w europejskich pucharach i zgadzano się, iż z każdym rokiem może być już tylko lepiej.


Załamany Miroslav Dukić po zmarnowanym rzucie karnym - fot. jotdown.es
 

Pierwszy skalp

Przed sezonem Arsenio Iglesias ogłosił, że kampania 94/95 będzie jego ostatnią za sterami Deportivo. W klubie bardzo szanowano trenera, któremu wiele zawdzięczano. Pojawiła się spora obawa, iż jego następca swoją myślą szkoleniową, zniszczy to co zbudował Iglesias, a klub znowu przestanie się liczyć w walce o końcowe zwycięstwo. W grudniu po jedynej porażce, zajmowali 2 miejsce w tabeli tuż za Realem Madryt. Ponadto eliminując w Pucharze UEFA Rosenborg BK oraz Tirol Innsbruk, w 1/8 turnieju znów trafili na niemiecki zespół – tym razem musieli zmierzyć się z Borussią Dortmund. Po zwycięstwie u siebie w dramatycznych okolicznościach 1:0, Dépor odpadło po dogrywce kończąc po raz kolejny swoją przygodę w europejskich pucharach na trzeciej rundzie. Dzięki temu do końca sezonu mogli się skupić na krajowych rozgrywkach. Mimo solidnych rezultatów i braku oznak słabszej formy, tytuł powędrował do Realu Madryt, do którego piłkarze z Galicji stracili 4 punkty kończąc rozgrywki znowu na 2 miejscu.

Jednakże sezon 94/95 był wyjątkowy dla graczy Deportivo z innego względu niż wynik osiągnięty w Primera Division.  W drodze do finału Copa Del Rey, pokonali UE Lleida, Athletic Bilbao oraz Sporting Gijon. Najtrudniejszy przeciwnik czekał na samym końcu. Po rozczarowującym końcu poprzedniej kampanii, mogli zrewanżować się Valencii za tamto niepowodzenie. 24 czerwca 1995 roku w finale Pucharu Króla do 83 minuty utrzymywał się wynik 1:1. Przez ciężkie opady deszczu, towarzyszące od początku spotkania, postanowiono iż mecz kontynuowany będzie 3 dni później. Niesamowita dramaturgia, biorąc pod uwagę potyczkę sprzed roku, spowodowała, że kibice niebiesko-białych liczyli tylko i wyłącznie na zdobycie tytułu. Pozostałe 7 minut, które zostały rozegrane 27 czerwca zostaną na zawsze w pamięci wiernych fanów Dépor. Piłkarze wyszli na boisko zmotywowani jak nigdy wcześniej i po zmasowanych atakach na bramkę Valencii, zdołali wyjść na prowadzenie dzięki główce Alfredo Santaeleny. Mecz zakończył się wynikiem 2:1, a drużyna z Galicji świętowała zdobycie pierwszego w swojej historii trofeum.

Arsenio Iglesias pożegnał się z bliskim jego sercu klubem w jeden z najlepszych sposobów jaki mógł. Wygraniem Copa Del Rey wpisał się złotymi literami w historię Deportivo. Dlatego z bólem serca kibice Los Turcos żegnali się ze swoim ukochanym trenerem. Jego następcą został Walijczyk, który odnosił już sukcesy na hiszpańskim podwórku. John Toshack, bo o nim mowa, zwyciężał w Pucharze Króla z Realem Sociedadem i w Primera Division z Realem Madryt. Dlatego spodziewano się po niegdyś solidnym napastniku Liverpoolu, że poprowadzi piłkarzy z Galicji do wymarzonego Mistrzostwa Hiszpanii.


Pierwszy skalp na krajowym podwórku - Copa Del Rey 1995 - fot. as.com
 

Zimny prysznic

Już na samym początku pracy Toshacka mogłoby się wydawać, że sezon 95/96 będzie należał do Blanquiazules. Deportivo wygrało przed sezonem po raz pierwszy od 1969 roku w jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych turniejów sparingowych w Hiszpanii - Trofeo Teresa Herrera, które jest co roku rozgrywane na Riazor. Ponadto przekonujące zwycięstwo w dwumeczu Superpucharu Hiszpanii z Realem Madryt spowodowało, iż w przeciągu kilku pierwszych miesięcy pracy nowy szkoleniowiec wzbogacił klubową gablotę o dwa trofea. Napawało to wszystkich związanych z Dépor sporym optymizmem przed nadchodzącą kampanią. Jednak rzeczywistość nie okazała się tak kolorowa. Seria trzech porażek i czterech meczów bez strzelonej bramki przyczyniła się do tego, iż pierwszą połowę sezonu, Deportivo kończyło dopiero na 12 miejscu. W dodatku w szatni zaczęły pojawiać się pierwsze konflikty, głównie z udziałem Bebeto. Napastnik zwyzywał Toshacka i jego matkę, po tym gdy został zmieniony w spotkaniu przeciwko Sportingowi Gijon. Brazylijczyk groził odejściem jeśli jeszcze raz zostanie zdjęty z murawy.

Atmosfera w klubie na pewno nie pomagała piłkarzom na boisku, gdyż w lutym odpadli z Copa Del Rey (notabene za burtę wyrzuciła ich Valencia), a w lidze zdobyli jedynie 2 punkty na 12 możliwych. Sezon Deportivo skończyło na 9 pozycji doznając w międzyczasie kompromitującej porażki aż 4:0 na Riazor z Realem Oviedo. Jedynym pozytywnym akcentem tej kampanii była europejska przygoda Dépor. W Pucharze Zdobywców Pucharów upokorzyli APOEL i Trabzonspor oraz wyrzucili z turnieju Real Zaragozę. Półfinał okazał się maksimum możliwości niebiesko-białych, w którym lepszy okazał się Paris Saint Germain. Kibice Los Turcos domagali się zwolnienia szkoleniowca ze stanowiska głośno skandując swoją dezaprobatę. Toshack po sezonie przyznał, iż skład z 95/96 to była najgorsza grupa piłkarzy z jakimi miał kiedykolwiek do czynienia i nie mógł się z nimi w żadnym stopniu zidentyfikować. Jego relacja z prezydentem klubu z Galicji również nie należała do najlepszych. Gdy były napastnik Liverpoolu dowiedział się, że przygotowania do sezonu nie odbędą się w La Coruñi, Walijczyk zarzucił mu brak budowy nowoczesnych obiektów treningowych i przeznaczanie zbyt dużych sum pieniędzy na nowych zawodników.

Przed kolejną kampanią odejście z zespołu ogłosił Bebeto. Fani drużyny zaczęli się martwić o przyszłość klubu, ponieważ nie posiadano tak dużych funduszy, by zastąpić starzejących się piłkarzy, którzy od lat stanowili o sile zespołu. Z odsieczą przyszedł Canal+, z którym Deportivo zawarło 7-letni kontrakt opiewający na kwotę 135 milionów euro. Inne kluby również podpisały podobne porozumienia ze stacjami telewizyjnymi, dzięki czemu do Primera Division trafili m.in. Ronaldo czy też Roberto Carlos. Do drużyny z Galicji po rozczarowującym sezonie przyszli gracze tacy jak Songo'o, Kouba, Naybet oraz Armando. Aby wypełnić lukę po Bebeto, prezydent Lendoiro sprowadził za rekordową sumę 7,4 milionów euro brazylijskiego ofensywnego pomocnika – Rivaldo. I to właśnie między innymi dzięki jego siedmiu bramkom, Deportivo do końca 1996 było niepokonane w lidze, tracąc tylko 2 punkty do Realu Madryt.

W zimowym okienku za 31 milionów euro sprowadzono bramkarza Nuno, Héldera, Flávio Conceição oraz napastnika Renaldo. Po takich wzmocnieniach we władzach Dépor oczekiwano zdobycia tytułu. Po porażce u siebie 1:0 z Barceloną 4 stycznia 1997 roku, John Toshack oznajmił, iż nie jest w stanie kontynuować pracy w klubie z La Coruñi i odejdzie wraz z końcem sezonu. Oprócz konfliktów z piłkarzami, zarządem, kontrowersyjnych wypowiedziach na konferencjach (zarzucano mu ciągłą krytykę swoich zawodników) głównym powodem jego rezygnacji była nieprzychylność kibiców. Obraźliwe hasła transparenty względem Toshacka w każdym spotkaniu na Riazor stały się standardem. Walijczyk nie wytrzymał w La Coruñi nawet kolejnego miesiąca. Po słabszych występach drużyny oraz kolejnych kontrowersjach (obrażanie kibiców i piłkarzy gestami a także bluźnierstwami podczas spotkań) jego miejsce zajął Brazylijczyk Carlos Alberto Silva.

Pod jego wodzą Deportivo zanotowało serię 8 meczów bez porażki. Strata do czołowej dwójki była jednak zbyt duża, by włączyć się w walkę o mistrzostwo i ostatecznie skończyli sezon na 3 miejscu ze stratą 15 punktów do zwycięzców z „królewskiej” części stolicy Hiszpanii. Przed kampanią 97/98 do FC Barcelony odszedł najlepszy strzelec (21 bramek) Dépor Rivaldo – za niebotyczną jak na tamte czasy kwotę ponad 25 milionów euro. Przygodę z klubem zakończył również Miroslav Đukić, który w La Coruñi zostanie zapamiętany głównie za jego pudło w ostatniej minucie meczu decydującego o mistrzostwie w 1994 roku. Na miejsce Jugosłowianina sprowadzono dwóch Brazylijczyków – Djalminhe i Luizão. Na papierze drużyna, w której skład wchodzili piłkarze z 15(!) krajów, wyglądała na bardzo mocną. Kibiców czekał jednak zimny prysznic.

Po bardzo nieudanym początku sezonu i odpadnięciu już w pierwszej rundzie Pucharu UEFA z francuskim Auxerre, Carlos Alberto Silva szybko pożegnał się z pracą na Riazor. Jego następcą został José Manuel Corral, który prowadził już drużynę przez kilka spotkań po zwolnieniu Johna Toshacka. Niestety Deportivo nie zdołało w tym sezonie odwrócić złej karty i skończyło tragiczną kampanię na 12 pozycji. W międzyczasie doznali kompromitacji u siebie, ulegając aż 6:2 SD Compostela, a także odpadając z Copa Del Rey po porażce z drugoligowym Alaves. Z zazdrością patrzono na wyniki odwiecznego rywala - Celty. To właśnie w Vigo prezydent Lendoiro upatrywał brakującego elementu układanki.


Mimo zdobycia Superpucharu Hiszpanii, to pobytu Toschaka w Depor nie można uznać za udany - fot.lamazetadeportiva.com
 

Na kłopoty Irureta

Celta Vigo w latach 90 uznawana była w Hiszpanii za ligowego średniaka, którego maksimum możliwości było miejsce w połowie tabeli. Tym większe zdziwienie na Półwyspie Iberyjskim wywołała dyspozycja zawodników Javiera Irurety, którzy zakończyli sezon na wyśmienitym 6 miejscu (będąc w tabeli przez większość czasu w czołowej 4) i zakwalifikowali się po raz drugi w swojej historii do Pucharu UEFA. Wyczyn hiszpańskiego szkoleniowca odbił się sporym echem w środowisku piłkarskim. Jeszcze większym, jego decyzja o opuszczeniu Celty po roku współpracy na rzecz ich odwiecznych rywali – Deportivo La Coruña.

Przed sezonem 98/99 dokonano również wzmocnień wśród piłkarzy kupując Romero, Manuela Pablo, Pauletę i 'Turu' Floresa. W klubie wiązano duże nadzieje z nowym projektem zespołu, a trenerowi dano czas na uporządkowanie i wprowadzenie swojej myśli szkoleniowej wśród podopiecznych. Po słabej pierwszej połowie sezonu, Dépor rozwinęło skrzydła w drugiej części kampanii 98/99. Na gwiazdę zespołu wyrastał ‘Turu’ Flores strzelający jak na zawołanie. W Pucharze Króla niebiesko-biali odpadli dopiero w półfinale ulegając 1:0 Atletico Madryt. Rozgrywki Primera Division ukończyli na 6 miejscu, co oznaczało ich powrót do europejskich pucharów. Po piłkarzach spodziewano się solidnej powtórki w przyszłym roku, lecz nikt nie wyobrażał sobie jak historyczny dla klubu będzie sezon 1999/2000.


Javier Irureta stał się legendą klubu z La Coruni - fot. eldesmarqeacoruna.es
 

Sen na jawie

Przed kolejną kampanią dokonano transferu, który przez wielu ekspertów uznawany jest za kluczowy w historii klubu z Galicji. Za 8,6 milionów euro z CD Tenerife przeszedł holenderski napastnik Roy Makaay. Kadra Deportivo na papierze po raz kolejny wyglądała na solidną, dlatego wszyscy zgodnie oczekiwali miejsca gwarantującego grę w europejskich pucharach. Pierwsza połowa sezonu to pasmo sukcesów. Dépor było na czele Primera Division z przewagą 8 punktów nad Celtą. W dodatku wciąż liczyło się w walce o końcowy sukces w Copa Del Rey, a z Pucharu UEFA wyeliminowali Stabaek, Montpellier i Panathinaikos. Świetna forma Makaaya, Djalminhy czy też Mauro Silvy sprawiła, że wielu ekspertów zaczęło upatrywać w Blanquiazules kandydatów do triumfu w lidze hiszpańskiej. Presja jednak nie służyła piłkarzom Deportivo. Tylko jedno oczko zdobyte na 12 możliwych spowodowało, że przewaga nad drugim w tabeli Realem Zaragozą stopniała do dwóch, a nad Barceloną do czterech punktów. Tuż za nimi czaili się Real Madryt oraz Celta Vigo.

Jak się później okazało, odpadnięcie z Copa Del Rey po porażce z Osasuną, a potem z Pucharu UEFA, w którym lepszy dzień miał Arsenal, było dla Los Turcos błogosławieństwem. W końcu mogli skupić się tylko i wyłącznie na lidze, a cel w niej był prosty – zdobyć upragnione mistrzostwo. Każde kolejne spotkanie dla kibiców drużyny z La Coruñi było jak thriller. Po ogromnym rozczarowaniu z 1994 roku, fani obawiali się, że i tym razem Deportivo może nie utrzymać małej przewagi punktowej nad rywalami. 19 maja 2000 roku w ostatniej kolejce gracze z La Coruñi mierzyli się z odwiecznymi rywalami Barcelony – Espanyolem. Natomiast Duma Katalonii, która zajmowała 2 miejsce w tabeli rozgrywała spotkanie przeciwko… Celcie Vigo. Chcąc zdobyć pierwsze mistrzostwo w 94 letniej historii klubu i nie patrzeć na wynik meczu na Camp Nou, podopieczni Javiera Irurety potrzebowali jedynie remisu.

Po bramce Donato oraz dwudziestym drugim trafieniu w sezonie 99/00 Roya Makaaya, Deportivo La Coruña mogło się cieszyć z upragnionego zwycięstwa w Primera Division! Ponad 200 tysięcy Galisyjczyków (samo miasto ma 250 tysięcy mieszkańców!) wyszło na ulice La Coruñi by świętować sukces swoich herosów. Javier Irureta oraz jego piłkarze zostali wyniesieni pod niebiosa, a jak sam przyznał szkoleniowiec – to co się działo po końcowym triumfie można porównać do snu na jawie. Najczęściej wybierana XI mistrzowskiego sezonu, czyli Songo'o - Romero, Naybet, Donato, Manuel Pablo - Fran, Mauro Silva, Flávio Conceiçao, Víctor Sánchez, Djalminha – Makaay, na zawsze zapisała się w historii Dépor. Kibice dalej świętowali sukces piłkarzy, ale w klubie już myślano jak obronić tytuł i dobrze pokazać się w debiucie w Lidze Mistrzów.


Feta po zdobyciu upragnionego mistrzostwa była przeogromna - fot. colgadosporelfubtol.com
 

Wielki futbol

Wygrane potyczki z Espanyolem w Superpucharze Hiszpanii wzbogaciły gabloty Deportivo już o czwarte krajowe trofeum. Mimo utraty Flávio Conceicão (Real Madryt zapłacił za niego 25 milionów euro) oraz Paulety, udało się zatrzymać najlepszego strzelca zespołu Roya Makaaya. Prezydent Lendoiro wiedział, iż wygrywanie meczów w Lidze Mistrzów poza dodatkowymi korzyściami finansowymi, zwiększają prestiż klubu. Dlatego też nie oszczędzał pieniędzy w okienku transferowym i latem do zespołu doszła trójka graczy z Atletico Madryt - bramkarz Jose Molina, Capdevilla i Valeron, którzy wraz z innymi nabytkami takimi jak Walter Pandiani i Diego Tristan mieli za zadanie obronę tytułu mistrzowskiego oraz dobre występy w Europie.

Razem z Panathinaikosem, Hamburgerem SV oraz Juventusem, Deportivo tworzyło grupę E w sezonie 00/01 Ligi Mistrzów. Po remisach w Turynie i Atenach oraz zwycięstwie w Hamburgu, piłkarze Irurety mieli spore szanse na awans do kolejnej fazy rozgrywek. Niespodziewanie faworyci do końcowego sukcesu, czyli Juventus, ostatecznie skończyli na ostatnim miejscu w tabeli grupy E, którą wygrało Dépor. Ponad 15 lat temu Ligę Mistrzów rozgrywano według innych zasad. Dwie najlepsze drużyny z pierwotnie wylosowanych grup, następnie kreowały cztery czteroosobowe grupy, z których dwa pierwsze zespoły tworzyły pary ćwierćfinałowe. W drugiej fazie rozgrywek Deportivo trafiło na Galatasaray, Milan oraz Paris Saint-Germain. Gra w lidze szła im równie dobrze jak w Europie. Po pierwszej fazie kampanii okupowali trzecie miejsce z niewielką stratą do Valencii i Realu Madryt.

Jednak w pewnym momencie w tej dobrze funkcjonującej maszynie coś zaczęło szwankować. Kolejny rozczarowujący występ w Pucharze Króla, gdzie silniejsze okazało się CD Tenerife, a także zdobyte tylko 4 punkty w przeciągu 4 spotkań mogły budzić niepokój jeśli chodzi o drugą fazę sezonu. Odskocznią od krajowych problemów miała być Liga Mistrzów, lecz również w niej zaczęły pojawiać się problemy. Porażka z Milanem i Galatasaray spowodowała, iż niebiesko-biali musieli wygrać dwa ostatnie spotkania, które rozgrywali na Riazor. Po wygraniu 2:0 z Turkami, nadeszło zwycięstwo nad Paris Saint-Germain, które przeszło do historii klubu. Do przerwy piłkarze z La Coruñi przegrywali 3:0 tylko po to, aby wprowadzony po przerwie Walter Pandiani ustrzelił hat tricka i ostatecznie przypieczętował awans Deportivo do ćwierćfinału Ligi Mistrzów wynikiem 4:3. Było to pierwsze spotkanie w Europie, które ukształtowało charakter drużyny później nazywanej Euro Dépor.

Przed sezonem celem było pokazanie się w Lidze Mistrzów z dobrej strony, ale po tym meczu drużyna Irurety zdobyła szacunek wielu ludzi, którzy wątpili w postawę klubu z Galicji. Piękny sen przerwało Leeds United. Mimo próby comeback’u i zwycięstwa w drugim spotkaniu 2:0, to jednak porażka 3:0 na wyjeździe była za duża, by odrobić straty u siebie. Ten sezon pokazał, iż Deportivo ma w swoich szeregach klasowych napastników w postaci Roya Makaaya, super zmiennika Waltera Pandianiego i zdobywcy 19 bramek w lidze Diego Tristana. Tytułu mistrzowskiego ostatecznie nie udało im się obronić i ze stratą 7 punktów do Realu Madryt, zakończyli rozgrywki na 2 pozycji, która gwarantowała im kwalifikację do Ligi Mistrzów.

Jedynym większym transferem Los Turcos przed kampanią 01/02 był zakup pomocnika Sergio za 18 milionów euro. Postawiono na kontynuowanie projektu ze składem sprzed sezonu, gdyż wierzono iż piłkarze są wystarczająco dobrzy, aby zdobyć drugie mistrzostwo w historii klubu. Chciano również udowodnić, iż bardzo dobre występy w Europie rok wcześniej nie były tylko dziełem przypadku. Tym razem w grupie Deportivo tworzyło kolektyw z Lille, Olympiakosem oraz Manchesterem United. Wszyscy w La Coruñi byli podekscytowani przybyciem piłkarzy Sir Alexa Fergusona na Riazor. Po tylu latach tułaczki na peryferiach hiszpańskich rozgrywek, w końcu Galisyjczycy będą świadkami wielkiego futbolu na ich ziemi. 25 września 2001 przeszedł do historii klubu dzięki golom Pandianiego i Naybeta, które przyczyniły się do porażki Czerwonych Diabłów 2:1. W La Coruñi zapanowała euforia, zupełnie jakby to zwycięstwo zapewniało ich lokalnej drużynie trofeum Ligi Mistrzów.

Kibice szybko zostali sprowadzeni na ziemię, gdyż po remisach z Lille i Olympiakosem istniała realna groźba nieawansowania do kolejnej fazy rozgrywek. Jednak na Old Trafford piłkarze Javiera Irurety znów napisali piękną historię. Po raz drugi Deportivo pokonało Manchester United, tym razem 3:2, i przypieczętowało awans z pierwszego miejsca w grupie. W następnej fazie trafili na Juventus, Arsenal oraz Bayer Leverkusen. Drużyny te były w wyśmienitej formie przez co wielu ekspertów typowało koniec pięknej historii klubu z La Coruñi. Pokonując dwukrotnie The Gunners, remisując oraz zwyciężając ze Starą Damą, Dépor drugi raz z rzędu awansowało do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W ¼ finału los przydzielił im… Manchester United. Gracze Irurety z zadowoleniem przyjęli wynik losowania, mając w głowie dwa zwycięstwa w tej edycji Ligi Mistrzów nad Czerwonymi Diabłami. Niestety w ćwierćfinale silniejsza okazała się drużyna Sir Alexa Fergusona, nie zostawiając złudzeń, który zespół jest lepszy. Odpadnięcie drugi rok z rzędu na tym samym etapie rozgrywek było rozczarowujące, jednakże Europa dostała jasny znak, iż Deportivo jest siłą, której nie można lekceważyć.


W debiucie w Lidze Mistrzów, Deportivo doszło aż do ćwierćfinału - fot. skysports.com
 

Podwójne zwycięstwo

Sezon 01/02 ekipa Irurety ponownie mogła uznać za bardzo udany. Pomimo prowadzenia do grudnia w lidze, to jednak Valencia okazała się w końcowym rozrachunku lepsza wyprzedzając klub z La Coruñi o 7 punktów. Jednakże to nie przez udaną europejską przygodę ani kolejne wicemistrzostwo kibice Deportivo będą wspominać ten sezon z uśmiechem. Marino de Luanco, Cultural Leonesa, CE L´Hospitalet, Real Valladolid CF oraz UE Figueres musiały uznać wyższość piłkarzy Dépor w drodze do finału Copa Del Rey. Już po losowaniu 1/8 finału eksperci typowali, iż ze względu na brak Barcelony czy też Valencii, które mogłyby pokrzyżować obu klubom plany, w finale rozgrywek znajdą się Real Madryt i Deportivo La Coruña.

6 marca 2002 roku na Estadio Santiago Bernabeu odbył się mecz szerzej znany w Hiszpanii jako „Centenariazo”. Nazwa pochodzi od tego, iż dokładnie w dniu spotkania przypadało stulecie istnienia Realu Madryt, a dodatkowym smaczkiem było rozgrywanie finału na ich własnym stadionie. Od Królewskich, którzy byli faworytem meczu, oczekiwano w 2002 roku zdobycia tytułu na wszystkich frontach – w lidze, w pucharze oraz w Europie. Ostatecznie udało im się tylko na jednym z nich. Przed meczem wszystko było gotowe do wielkiej fety zawodników z Madrytu, jednak los bywa przewrotny. Zamiast euforii był szok, smutek i złość, gdy już po 37 minutach Deportivo prowadziło 2:0 ostatecznie triumfując 2:1. Drugi raz w historii piłkarze Dépor wznieśli do góry Puchar Króla, ale tym razem zwycięstwo było podwójne. Nikt w klubie nie mógł lepiej wyobrazić sobie takiego sukcesu - na stadionie rywala, który obchodził tego dnia swoje stulecie.


Drugi triumf  Depor w Copa Del Rey przeszedł do historii hiszpańskiego futbolu - fot. pinterest.com
 

Cisza przed burzą

Sen na jawie powoli przechodził w rzeczywistość. Deportivo zamierzało zostać w wielkim futbolu i na stałe wejść do czołówki zarówno rodzimej jak i europejskiej piłki nożnej. Po pokonaniu Valencii, w klubowej gablocie po raz trzeci umieszczono Superpuchar Hiszpanii. Za 38 milionów do klubu przed sezonem doszli Jorge Andrade, Albert Luque oraz 'Toro' Acuña. Z Dépor pożegnał się ‘Turu’ Flores oraz dość niespodziewanie na wypożyczenie do Mallorki powędrował Walter Pandiani, który nie mógł się przebić na stałe do pierwszego składu przegrywając walkę z Royem Makaayem i Diego Tristanem.

Trzeci rok w Lidze Mistrzów Deportivo zaczęło historycznym zwycięstwem w Monachium 3:2 nad Bayernem. Było to pierwsze zwycięstwo hiszpańskiej drużyny w stolicy Bawarii. Nigdy wcześniej również żaden europejski klub nie strzelił na Stadionie Olimpijskim trzech bramek. Na Riazor, Milan upokorzył ekipę z Galicji pakując do jej siatki aż 4 gole, samemu zachowując czyste konto. W rewanżu na San Siro drużyna Irurety wygrała 2:1. Ostatecznie oba zespoły awansowały do kolejnej fazy rozgrywek. Poza Bayernem, z Ligą Mistrzów pożegnało się Lens. Po niesamowitych bataliach w poprzednim sezonie, Dépor znowu trafiło na Manchester United, tym razem w drugiej fazie grupowej. Obie strony podzieliły się zwycięstwami 2:0. Jednak ostatecznie to Juventus i Czerwone Diabły cieszyły się z awansu do ćwierćfinału. Podopieczni Javiera Irurety mimo najgorszego wyniku w historii swoich występów w Lidze Mistrzów, znów potwierdzili, iż liczą się w Europie.

Deportivo było od początku kampanii trapione kontuzjami i zawieszeniami piłkarzy, dlatego w pierwszej połowie sezonu niebiesko-biali mieli problemy z nawiązaniem walki z czołówką ligi. Dopiero w drugiej części zawodnicy pokazali, iż nadal mają aspiracje na tytuł mistrzowski. Ostatecznie ekipa z La Coruñi zajęła 3 miejsce za Realem Madryt oraz Sociedad, tracąc do mistrzów 6 punktów. Nie udało im się również zdobyć po raz trzeci Pucharu Króla ulegając w półfinale z późniejszym zwycięzcą RCD Mallorcą. W sierpniu na kibiców Dépor spadła jednak zła wiadomość. Zdobywca Złotego Buta w Europie, Roy Makaay, za 19 milionów euro przeszedł do Bayernu Monachium. Przy jednoczesnym braku wzmocnień i starzejącym się składzie, kibice obawiali się, iż może być to początek końca Wielkiego Deportivo.


Roy Makaay w latach 1999-2003 święcił z Deportivo największe sukcesy - fot. gettyimages.com

Krok od szczęścia

2004 rok w piłce nożnej wyróżniał się pod wieloma względami. Był to sezon ‘The Invicibles’, gdy Arsenal przez całą kampanię w lidze angielskiej nie doznał porażki. Światu również został przedstawiony Jose Mourinho, który doprowadził Porto do triumfu w jednym z najbardziej nietypowych i wyjątkowych sezonów Ligi Mistrzów w historii. Swoją cegiełkę do tego zwariowanego roku dołożyli gracze Deportivo. Zajmując 3 miejsce w lidze w poprzedniej kampanii, zawodnicy Javiera Irurety musieli zakwalifikować się do głównego etapu europejskich rozgrywek. Pokonując skromnie 1:0 Rosenborg trafili do grupy C wraz z Monaco, PSV oraz AEK Ateny. Przed sezonem doszło do zmiany zasad w Lidze Mistrzów, które obowiązują do dziś. Pierwsze dwie drużyny z grupy przechodzą dalej do 1/8 finału natomiast ekipy z trzecich miejsc kwalifikują się do III rundy Pucharu UEFA (obecnie Ligi Europy).

Do zespołu z La Coruñi po rocznym wypożyczeniu wrócił Walter Pandiani, który zanotował na wstępie niesamowitą serię strzelonych bramek w ośmiu meczach z rzędu. Jego gole oraz solidny futbol całej drużyny w defensywie spowodowały, iż Deportivo prowadziło zarówno w Primera Division jak i swojej grupie Ligi Mistrzów. Niestety w listopadzie gra podopiecznych Javiera Irurety uległa pogorszeniu. Po licznej stracie punktów w lidze, które zepchnęły Dépor na 3 pozycję w tabeli, doznali również najbardziej kompromitującej porażki w Europie. Na wyjeździe w Monaco ulegli miejscowym aż 8:3 i do sezonu 2016/17 był to rekord w ilości zdobytych bramek w jednym spotkaniu (pobity przez Borussię Dortmund i Legię Warszawa po niesamowitym meczu zakończonym wynikiem 8:4). Piłkarze po tym rezultacie byli rozbici, lecz udało im się szybko pozbierać i  zapewnili sobie awans z drugiego miejsca do kolejnej fazy Ligi Mistrzów. Tam w 1/8 finału czekała na nich drużyna Juventusu. Eksperci zgodnie twierdzili, iż ekipa z La Coruñi, która obniżyła loty w porównaniu do początku sezonu, odpadnie z ubiegłorocznymi finalistami.

Nowy rok nie zaczął się po myśli Los Turcos. Przez bramki zdobyte na wyjeździe, Atletico Madryt wyrzuciło ich za burtę Copa Del Rey. Od tego spotkania Blanquiazules zaczęli grać niesamowity futbol. Na 8 rozegranych spotkań wygrali aż 7, w tym jedno derbowe przeciwko Celcie Vigo imponująco 5:0. Uskrzydleni wynikami w lidze, piłkarze Deportivo podeszli niesamowicie zmotywowani do dwumeczu z Juventusem. Podopieczni Javiera Irurety okazali się w nim lepsi dwukrotnie 1:0. Jednak historyczne spotkanie miało dopiero nadejść.

W ćwierćfinale Dépor trafiło na kolejny włoski zespół. Tym razem mieli się zmierzyć z triumfatorem z poprzedniego roku – AC Milanem. Wyczuwając możliwy sukces w Lidze Mistrzów, szkoleniowiec dawał odpocząć w lidze podstawowym zawodnikom, przez co Deportivo straciło punkty m.in. z RCD Mallorcą czy też Realem Betis. Wszystkie oczy skierowane były na San Siro, gdzie gospodarze zmietli z powierzchni ziemi piłkarzy Irurety wygrywając spotkanie aż 4:1. Kibice, którzy zdecydowali się pojechać do Mediolanu, wracali do Hiszpanii ze spuszczonymi głowami tracąc jakiekolwiek nadzieje na awans. Ten sezon był istnym rollercosterem dla graczy Los Turcos. Świetne wyniki przeplatali słabszymi, a dwukrotnie w Europie zostali skompromitowani. Mówią, że prawdziwych mężczyzn poznaje się jak kończą, a nie jak zaczynają. Jeśli to prawda, to ekipa Dépor z sezonu 2003/04 to faceci z krwi i kości. 7 kwietnia 2004 futbolowi romantycy mieli swoich nowych idoli, a piłkarskie dzienniki opisywali niesamowitą historię. Deportivo dokonało niemożliwego i po porażce 4:1 w pierwszym meczu, na Riazor zwyciężyli aż 4:0 zapewniając sobie występ w półfinale! Po raz pierwszy w historii rozgrywek, drużyna odrobiła trzybramkową stratę z pierwszego spotkania, a mecz ten jest uznawany za jeden z klasyków turnieju.

Sen trwał a drużyna zdobywała co raz więcej sympatyków poza swoją ojczyzną. Pary półfinałowe zostały rozlosowane. Monaco mierzyło się z Chelsea, a Deportivo z Porto. Ekipa z La Coruñi jako jedyna drużyna z Hiszpanii, która przetrwała na placu boju, była wspierana w europejskim epizodzie przez jej ligowych rywali. Spotkania ½ finału przeciwko drużynie Jose Mourinho były pełne absurdów. Na Estadio do Dragao czerwoną kartkę po dotknięciu butem wstającego z murawy Deco, obejrzał zdziwiony Jorge Andrade. Całe widowisko skończyło się wynikiem 0:0. W rewanżu na Estadio de Riazor, zastępca pauzującego za kartki obrońcy, Cesar Martin, sprokurował rzut karny. Dépor nie odpowiedziało na bramkę Portugalczyków i po wspaniałej przygodzie, zakończyło swój udział w Lidze Mistrzów. Kampanię Primera Division ostatecznie skończyli znów na 3 pozycji z 6 punktami straty do niesamowitej Valencii Rafy Beniteza. Romantyczna przygoda Deportivo, Monaco, FC Porto i Chelsea w europejskich pucharach, była na ustach wszystkich. Postawę drużyn chwaliło wielu ekspertów i szkoleniowców. Jednak sen, w którym od kilku lat byli kibice drużyny z La Coruñi chylił się ku końcowi.


Juan Carlos Valeron tuż po zdobyciu bramki na 2:0 w słynnym meczu z Milanem - fot. marca.com
 

Koniec pewnej ery

Z klubu odeszły legendy takie jak Naybet, Djalminha czy też Djorović, a także 7 innych piłkarzy. Deportivo zaczynało wchodzić w okres przemiany. Galisyjczycy potrzebowali nowych, znanych graczy, którzy wypełnią lukę po starszych zawodnikach, by wciąż liczyć się zarówno na krajowym, jak i europejskim podwórku. Pomimo wielu spekulacji takich jak dołączenie Eto’o, Savioli czy też Mascherano, nikt do klubu nie doszedł. Sytuacja finansowa Blanquiazules robiła się coraz gorsza. Punktem kulminacyjnym stała się kompromitacja w postaci braku środków na zatrudnienie nieznanego pomocnika Realu Murcii, Acciarego. Atmosfera w szeregach zespołu również nie była najlepsza, ze względu na rozpamiętywanie straconej szansy w poprzednim sezonie Ligi Mistrzów.

Po zwycięstwie z Shelbourne, podopieczni Javiera Irurety walczyli wraz z Monaco, Liverpoolem oraz Olympiacosem o co najmniej powtórzenie ubiegłorocznego wyniku. Cała kampania europejska w sezonie 2004/05 okazała się katastrofą. Zaledwie 2 punkty zdobyte po remisach z Olympiacosem i Liverpoolem oznaczały najgorszy występ Los Turcos w Europie od lat. Na krajowym podwórku również wyniki osiągane przez piłkarzy z La Coruñi były dalekie od oczekiwanych. Odpadnięcie w 1/16 finału Copa Del Rey z Elche oraz zakończenie sezonu Primera Division na 8 miejscu powodowało, iż sam Walter Pandiani sfrustrowany rezultatami drużyny nazwał klub „tonącym statkiem” a Javiera Iruretę oskarżył o „umywanie rąk od słabych wyników”. Szkoleniowiec po 7 latach spędzonych w La Coruñi opuścił Dépor na rzecz Realu Betis. Jak się okazało, był to jego przedostatni klub w karierze, którą skończył w 2008 roku po rozczarowujących wynikach z Realem Zaragozą. W Deportivo był to koniec pewnej ery, ale mimo trudnej sytuacji finansowej i sportowej, kibice patrzyli na przyszłość z optymizmem.

Okres zmian

Nowym szkoleniowcem został Joaquín Caparrós, który musiał sobie radzić bez opuszczających klub Mauro Silvy i Frana. Przy trudnej sytuacji finansowej, Deportivo nie mogło dokonać płatnych transferów, dlatego za darmo ściągnęli Juliana de Guzmana oraz Juanmę. Trener zapowiadał wyzwolenie głodu gry ze swoich podopiecznych oraz wyciśnięcie z nich wszystkiego, co tylko będzie mógł. Pierwszym wyzwaniem dla ekipy z La Coruñi był Puchar Intertoto, którego trzej zwycięzcy zapewniali sobie awans do Pucharu UEFA. Niestety w finale Dépor uległo w dwumeczu z Olympique Marsylia i nie mogło liczyć na dłuższą europejską przygodę.

Caparrós był szkoleniowcem Blanquiazules przez 2 sezony. Dwukrotnie docierał do półfinału Copa Del Rey, gdzie jego drużyna ulegała późniejszym zwycięzcom. W pierwszym roku pracy zajął z drużyną 8 miejsce w Primera Division, lecz to sezon 06/07, który zakończył na 13 pozycji, przesądził o jego rozstaniu z klubem. Na kolejną kampanię zarząd zatrudnił Miguela Ángela Lotinę. Hiszpan stosował najczęściej taktykę 5-3-2, przez co Dépor nie było tak bramkostrzelne jak kilka sezonów wcześniej. Jednak to jemu, mimo zajęcia 9 miejsca, udało się powrócić do europejskich pucharów.

Przez niedopuszczenie RCD Mallorca oraz Almerii do międzynarodowych rozgrywek, to Deportivo dostało szansę gry w trzeciej rundzie Pucharu Intertoto. Zwycięstwo przeciwko izraelskiemu Bnei Sakhnin a następnie chorwackiemu Hajdukowi Split w II rundzie kwalifikacyjnej Pucharu UEFA, oznaczało, iż po 4 latach posuchy, gracze z La Coruñi zagrają w fazie grupowej na europejskim podwórku. Grając przeciwko klubom jak CSKA Moskwa, Lech Poznań, Nancy oraz Feyenoord, Galisyjczykom udało się zająć 2 miejsce, co oznaczało awans do 1/16 finału. Niestety skompromitowali się w niej ulegając aż 3:0 i 3:1 duńskiemu Aalborgowi. Jak się okazało, były to do dziś ostatnie mecze Deportivo rozegrane w europejskich pucharach.

W sezonie 2008/09 podopieczni Lotiny uzyskali solidne 7 miejsce, mimo braków kadrowych oraz pogarszającej się sytuacji finansowej klubu. W kolejnej kampanii zajęli 10 pozycję, lecz gdyby nie gorszy bilans bezpośrednich spotkań z dziewiątym w tabeli Atletico Madryt, mogliby grać w fazie grupowej Ligi Europy przez perturbacje finansowe z jakimi borykała się piąta RCD Mallorca. Nikt się nie spodziewał, że po ostatnich przyzwoitych sezonach, nastąpi całkowita katastrofa.


Występy w europejskich pucharach za kadencji Lotiny były rozczarowujące - fot. marca.com
 

Brutalne przebudzenie

Powoli na zdobytych trofeach na przełomie wieku osiadał kurz, a kibice Dépor wspominali z utęsknieniem wspaniałe europejskie przygody klubu. Godzono się w La Coruñi, iż te czasy prędko nie wrócą, a ich klub spadł do pozycji ligowego średniaka. Marzono o sprawieniu niespodzianek w Copa Del Rey lub w bezpośrednich meczach w lidze przeciwko krezusom tj. Real czy Barcelona. Nikt jednak nie brał pod uwagę ewentualnego spadku z elity. W końcowej tabeli sezonu 2010/11 jedenastą pozycję a osiemnastą dzieliły jedynie 3 punkty. Wiadome było, iż z La Ligi spadnie Hercules oraz Almeira. O nie zostanie trzecim spadkowiczem teoretycznie walczyło aż 8 drużyn. W ostatecznym rozrachunku było nim Deportivo La Coruña, które wracało do Segunda Division po 20 sezonach spędzonych w elicie. W 2015 ujawniono, że w ostatniej kolejce mecz Real Zaragoza vs. Levante, zakończony wynikiem 2:1 dla saragosyjczyków, był ustawiony. Dzięki trzem punktom Los Blanquillos utrzymali się kosztem Dépor na kolejny rok w La Lidze.

Kibice Los Turcos byli zdruzgotani postawą swoich piłkarzy. Lotina został zwolniony po tragicznym finale sezonu, a jego miejsce zajął Portugalczyk José Luis Oltra. Sytuacja finansowa klubu nadal nie ulegała poprawie, a spadek powiększył tylko długi. W Deportivo zostali m.in. Valeron oraz Manuel Pablo, którzy stanowili o sile zespołu w drugiej lidze. Dzięki swojej wierności do niebiesko-białych barw, stali się klubowymi legendami. Ich pomoc walnie przyczyniła się do tego, że klub z La Coruñi spędził na zapleczu ekstraklasy tylko jeden sezon, w dodatku ustanawiając rekord w liczbie zdobytych punktów (91). Powrót w roku 2012/13 do La Ligi nie był taki jak wymarzyli go sobie kibice Dépor. Dwukrotna zmiana szkoleniowca w trakcie kampanii, którą w większości spędzili zasłużenie w strefie spadkowej, ponownie zasiała ziarno wątpliwości wśród fanów. Czy Deportivo jest na tyle silne, by grać w elicie? Odpowiedź brzmiała – nie. Kolejną relegacją piłkarze klubu z Galicji zabili opinie, iż fatalny sezon 2010/11 był przypadkiem. Nie było już żadnych śladów po drużynie, która zaczarowała Europę w 2004 roku.

Segundę Division Dépor miało zdominować jak za pierwszym razem i szybko powrócić do elity. Okazało się jednak, że walczyli jak równy z równym z Eibarem, który sezon wcześniej grał w trzeciej lidze. Kampanię 2013/14 na zapleczu ekstraklasy skończył na 1 miejscu tuż przed Dépor. Jednocześnie klub złożył wniosek o upadłość konsumencką, a jego długi wynosiły ponad 80 milionów euro. W grudniu 2013 roku po 25-letniej kadencji, Lendoiro potwierdził, że nie będzie ubiegał się o reelekcję, kończąc tym samym pewną epokę w Deportivo. Jego następcą został Tino Fernandez. Po awansie w La Coruñi wiedzieli, że kunszt trenerski Fernando Vazqueza nie jest wystarczający na La Ligę. Dlatego to Victorowi Fernandezowi zostało powierzone zadanie uniknięcia powrotu do Segundy Division. Cel śmieszny zważywszy na to iż 10 lat wcześniej klub podbijał Europę, ale takie były realia. Deportivo nie mogło dopuścić do kolejnej ‘ery yo-yo’.


Mimo spadków, kibice nigdy nie odwrócili się od swojej ukochanej druzyny. - fot. olemagazyn.pl
 

Ciągła walka z demonami

8:2. Takim wynikiem zakończyła się potyczka Dépor z Realem Madryt. Wstyd i hańba. Kompromitacja. Groźba trzeciego spadku w przeciągu 5 lat stawała się z każdym spotkaniem coraz bardziej realna. Człowiek, który miał sprawić, iż obecność niebiesko-białych w elicie obejdzie się bez wybojów, zawodził. Aby uniknąć powrotu do drugiej ligi, na 8 ostatnich spotkań zatrudniony został były piłkarz Los Turcos, Victor Sanchez. Przed zamykającą kampanię 14/15 kolejką, klub z La Coruñi był jedyne 2 punkty nad strefą spadkową i by nie patrzeć na wyniki pozostałych spotkań, musieli przynajmniej zremisować mecz ostatniej szansy. Los chciał, że grali go na Camp Nou z niedawno koronowanym mistrzem – FC Barceloną. Do 67 minuty gospodarze gładko prowadzili 2:0, a wyniki innych meczów układały się tak, że na pozycji spadkowej znalazło się Deportivo. Wtedy nastąpił cud. Bramki Lucasa Pereza oraz Diogo Salomao spowodowały, iż piłkarze z Galicji wyrównali na 2:2 i utrzymali się rzutem na taśmę w La Lidze. To spotkanie przypomniało, jak wielki charakter posiada ten klub, mimo upływu czasu, jaki minął od ostatnich sukcesów.

W kolejnym sezonie Dépor pod wodzą Victora Sancheza grało wyśmienicie i w połowie sezonu znajdowało się nawet na 6 miejscu gwarantującym powrót do europejskich pucharów. Gdy wydawało się, że w klubie panuje względna stabilizacja, powróciły demony przeszłości. Konflikty w szatni i odsuwanie zbuntowanych piłkarzy od kadry meczowej, spowodowały że druga część kampanii była tragiczna i z wysokiego miejsca Deportivo zakończyło rok 2015/16 na 15 pozycji. Sanchez został zwolniony a na jego miejsce zatrudniono Gaizkę Garitano (notabene trenera Eibaru, który wprowadził klub kolejno do Segunda, a rok później do Primera Division). Przed sezonem 2016/17 sprzedano do Arsenalu najlepszego strzelca ubiegłorocznej kampanii, Lucasa Pereza za 20 milionów euro. Dużą część tej kwoty przeznaczono na spłatę zaległości i wyjście na prostą pod względem finansowym.


Florin Andone jest największym transferem Depor od lat. Klub zapłacił za niego 4 miliony euro - fot. marca.com
 

(Nie) kolorowa przyszłość

Po klubie, który wkroczył na lata do czołówki hiszpańskiego futbolu i zawojował europejskie stadiony, zostały już tylko wspomnienia. Najważniejsze dla ludzi związanych z Deportivo jest obecnie uniknięcie spadku i popełniania błędów poprzedników w kwestiach finansowych. Mimo raptem kilkuletniego wyskoku, nie możemy nazwać klubu z Galicji ‘kopciuszkiem’. Romantyczna historia z Ligi Mistrzów 03/04 mogłaby być wyjątkiem, jednakże ludzi z La Coruñi cechowała motywacja i uparte dążenie do celu, który koniec końców osiągnęli. Tego brakowało innym drużynom, które notowały podobne zwyżki formy. Moglibyśmy znaleźć wspólne cechy zarówno w historii Montpellier z 2012 roku jak i Leicester z 2016, ale Deportivo od lat 90 charakteryzowała mentalność wielkiego klubu i wiary w projekt jaki tam budowano. W drużynie gra obecnie kilka nazwisk, które tak jak Dépor, próbują odzyskać dawną formę, ale również parę, które to nazwisko starają się w La Coruñi wyrobić. Przykro patrzeć na powrót niechlubnych czasów, gdzie niebiesko-biali manewrowali między pierwszą a drugą ligą, lecz kibice mimo niepowodzeń od kilkunastu lat – nie odwrócili się od drużyny i wspierają ją obojętnie na jakim szczeblu rozgrywek gra. Niemniej jednak, mimo że piękny sen nie trwa wiecznie, to miejsce Deportivo było, jest i będzie w La Lidze.

Źródła:

  1. http://www.rcdeportivo.es/rcdeportivo/historia (dostęp 02.02.2017)
  2. https://en.wikipedia.org/wiki/History_of_Deportivo_La_Coruña (dostęp 02.02.2017)

Opracował Michał Kostarski


Źródło: Własne

Tagi: deportivo, Deportivo La Coruna, historia, La Liga

Powiązane artykuły
Zobacz także

Komentarze (2 opinie) Obserwuj Dodaj opinię

dodano: 18.03.2017, 21:42, #1 FAN REAL [79.73.60.***]
Bardzo fajnie, że taki serwis istnieje i pisze takie artykuły! Pamietam jak Deportivo wygrywało :) Dzięki za taki artykuł :) Pozdrawiam
dodano: 19.03.2017, 01:42, #2 Redakcja ligabbva.pl: M.Kostarski
Dzięki za miłe słowa!
R E K L A M A
[x]Informujemy, że ta strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. W każdym czasie możesz określić w swojej przeglądarce warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies.